Ona.

P1011252 (1)

 

Obracałem w palcach złoty pieniądz, byłem na fali miałem Jaguara i fajny dom, lecz był zimny i pusty choć pełen znajomych twarzy. Było pite i palone, tańczone do rana, ale mnie tam nie było, stałem patrzyłem, nie było mnie tam, to ja samotny wśród tłumu, miałem na chleb i szynkę lecz na miłość już brakło, sprawdzałem co mi ją zastąpi, szukałem, węszyłem, zaglądałem w piekła szpony. Czasem budząc się oparty głową o kierownicę samochodu w mieście zupełnie bez nazwy i powiekami ciężkimi jak ołowiana blacha a gardło palił brak alkoholu, wtedy wiedziałem że jestem na dnie!.

Lecz ona nadeszła jak wiosna, ciepłym i miękkim krokiem do mnie przyszła i powiedziała chodź, i poszedłem za nią jak za malowaną panną, ciepłą i dobrą. Droga jaką przejść muszę jest długa, pełna bólu i walki z demonami przeszłości. Wyzbyłem się wszystkiego co zbędne mi było i nie potrzebne, szedłem za nią, nie raz wodzony na pokuszenie przez los, twardym chciałem być jak stal.

To ona pokazała mi jak jestem słaby wobec jej siły, jej słodki zapach prowadził mnie przez świat aż do domy, do Polski. Tu czekały jej ciepłe ręce i krągłe piersi, to dla niej gotów byłem ponosić konsekwencje własnych błędów, nawet jeśli łamały by one z trzaskiem kręgosłup mego ego i morale, zawalczyłem i walczę czasem sam ze sobą bo ta walka jest prawdziwie nieskończona.!.

Czasem rani i rozrywa moje serce z mocą piekielną lecz to dla niej walczę co dnia i walczyć będę…

Teraz siedzę pełen trosk o przyszłość lecz gdy spłacę długi mej przeszłości wiem że poczuję siłę wielkiej mocy tą którą ona mi podarowała.

P.S.

Jesteś moją kokainą….

Foto: Ona

Feniks

Advertisements

Jem bo lubię

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Czasem aby odbyć kulinarne rozgrzeszenie sięgamy po szaleństwo tępo przyglądające się nam z talerza, choć nie mamy ochoty pchamy przez otwór gębowy dziada do środka i z dobrą miną zapewniamy świat że to pyszne. Być może i jest to nie toksyczne lecz w większości jadamy ” dary losu ” przez przypadek lub okoliczności w jakich się znajdujemy, nie ma nic złego w poszerzaniu horyzontów kulinarnych i smakowaniu świata lecz snobizm kuchenny czasem sięga zenitu. Wielu z was poczuje się poruszona tą wypowiedzią ale mam do niej prawo w takim samym stopniu jak oni do snobizmu w kuchni. Zapominamy o tym co posiadamy, i zajadając się obco kulturową wykwintną potrawą lub post komunistyczną zupą nie pamiętamy jakie bogactwo skrywa nasza rodzima kuchnia. Czasem by odbyć kulinarną wyprawę wystarczy podnieść nos z nad talerza i zajrzeć do okolicznych sadów lub pasiek, tam właśnie skrywają się nasze prawdziwe skarby. Kuchnia polska posiada tak wielka historię i prawdziwie skrywane tajemnice nie jako mury Hogwartu. Zapominamy o tym że obiad może być tani i smaczny, a nie tylko wykwintny, Polskie produkty są zazwyczaj bardziej gatunkowe i czyste pod względem ECO niż wielkopowierzchniowe zakupy, małe lokalne sklepiki posiadają zawsze świeże produkty nie jednokrotnie z lokalnymi wyrobami. Po zakupach wracamy do domu i poszerzamy horyzonty na temat kuchni polskiej, są wyśmienite blogi o gotowaniu w rodzimym stylu, jeśli ktoś czytać nie zapomniał istnieją książki kucharski, lub dla tych co zapomnieli są kanały YT, czasem babcia lub sąsiadka starszej daty coś podpowie i podróż kulinarną odbędziemy w koło naszego bloku. To jedno, drugie robiąc zakupy w lokalnych sklepikach nie jednokrotnie dowiemy się od Pani z za lady czy to co kupimy jest zdrowe w znaczeniu jak zostało wyprodukowane, poza tym wspieracie takim działaniem lokalny przemysł. Więc jadajcie ze smakiem i zdrowo w słowiańskim stylu, to też może być trendy.

 

P.S.

Jedzenie a obżarstwo to nie to samo !!!

 

Feniks.

Pisać, jak to łatwo powiedzieć…

 
Siadam przed komputerem i zastanawiam się jaki jest mechanizm tego mojego pisania? I wiecie co piszę bo muszę, tak , czasem muszę bo się uduszę!. Takie przelewanie myśli na papier jest jak rozmowa z samym sobą, prowadzę dialog i czasem dochodzę do wniosków tak nie bywałych że sam jestem zaskoczony. To takie picie do lustra, on nigdy nie przestanie tam być, nie przestanie słuchać, więc wylewam moje wypociny na ” E ” papier i w miarę pisania tego bloga sprawia mi to coraz większą frajdę, serio . Piszę w domowym zaciszu, przy kubku herbaty historie jakie mnie spotkały na drodze mego życia, fotografie zawarte w blogu są jak najbardziej autentyczne i pochodzą z miejsc gzie moja przygoda miała miejsce. Pamiętam ze szkoły, jak polonista powiedział do mnie że ludzi na tym polu ze mnie nie będzie, tak parlamentarnie rzecz ujmując. Ciekawe co on na to po latach ? ja i pisanie, to jak polityka i prawdomówność, dwie skrajności. Czasem przekazywanie ludziom własnych myśli jest tak mozolnym zajęciem że naraża  moją inteligencję na tak wielki wysiłek i mozolny proces naciskania klawiszy w laptopie że bak mi herbaty i przechodzę wtedy “kryzys twórczy”. Najgorsze są stany pustki w głowie, o te dają popalić synapsą, zacina się i w głowie tylko same głupie myśli nie z tej bajki, właśnie tak pisząc poprzedniego bloga trybik przeskoczył nie tam gdzie powinien, i masz po głowie latała mi piosenka  Eugeniusza Bobo, tak bezlitośnie dręczyła moje połączenia nerwowe że poszedłem przysłowiowo dłubać w zębach bo nic innego robić nie byłem w stanie.  Pisanie bloga to nie taka prosta sprawa, czasem pragnę przekazać coś mądrego, no takiego z przesłaniem lub podtekstem i nic nie wychodzi, więc proszę tych czytających o wyrozumiałość, a uwagi i komentarze piszcie śmiało na e-mail zawarty w kontaktach.

 

Feniks.

Być marzycielem

D2X_0988

 

Zaczęło się to całe zamieszanie gdy miałem siedem lat a ktoś kogo w ogóle nie pamiętam wcisnął mi aparat fotograficzny do rąk i powiedział, zobacz jakie to fajne robić ludziom zdjęcia. Z czasem podwórko i trzepak stały się zbyt małe a świat wokół mnie zapraszał coraz bardziej do poznawania tego co skrywa, a ja poznawać zapragnąłem z pasją i pełen zapału. Butów zdarłem pewnie setki par, plecaków i sprzętu zniszczyłem też nie mało, lecz to co zobaczyłem i kogo poznałem podczas wypraw mniejszych i większych nie zamienię na nic co jest wymierne i w jakikolwiek sposób do zmierzenia. Robię to bo świat nie daje nam możliwości być w kilku miejscach na raz i poznawać ludzi w ich środowisku bez ruszania naszych czterech liter z domu, to wymaga wysiłku lecz pozostawia coś w zamian, tę satysfakcję poznania świata jakiego jeszcze nigdy nie było mi dane zobaczyć, a przez tyle lat włóczęgi widziałem wiele, tych szczęśliwych i nie , trzeźwych i sztywnych jak kij w skrojonych na miarę gajerkach, czasem lekko zawianych i pełnych radości po wieczornym de licores. Były łzy szczęścia i rozpacz, było dane mi widzieć jak walczy naród o wolność swego kraju, jakie jest wstanie ponieść ofiary człowiek by być wolnym. Dystans jaki powstał we mnie przez te lata powoduje inne odczuwanie świata codziennego, mam dystans do całego magla, bo ludzie nawet na końcu horyzontu są jak my z krwi i kości a polityczne zagrywki istnieją tylko w  bagnie obłudy. Gdy wracam do domu zaparzam kubek herbaty, suszę mokre buty na piecu i cieszę się dniem który właśnie spędziłem wśród ludzi i miejsc nie znanych dotąd moim oczom .

 

Feniks.

Smak wolności 

 

Uporczywy dźwięk telefonu wyrwał mnie ze snu, śpisz padło pytanie, wstawaj i jazda pod prysznic, pij kawę i lecimy usłyszałem w telefonie, jesteś tam? Głos w słuchawce nie przestawał gadać, daj mi piętnaście minut powiedziałem i rozłączyłem się. Zegarek z uporem pokazywał siódmą. Głowę ciężką jak ołów podniosłem z nad poduszki i usiadłem na brzegu łóżka, była niedziela, słońce suszyło asfalt z nocnej wilgoci, a ja doszedłem do siebie pod prysznicem. Radość z pitej kawy przerwał rozrywający poranną ciszę ryk wydechów motocykla, to był Greg. Zakładaj kombinezon na dupę, kask zabieraj i jazda lecimy, wstaje piękny dzień powiedział, a ja dopiłem kawę i poszedłem się ubierać bo faktycznie zanosiło się na dobry dzień do jazdy. Gdy udało mi się wcisnąć w tę zbroję poczułem jak krew zaczyna szybciej krążyć w moich żyłach na myśl o tym co zaraz się stanie, złapałem pospiesznie kask i wyszedłem z domu trzaskając drzwiami. Motocykle stały przed garażem i warkotały miarowo szykując się do startu. Greg jak zwykle siedział na murku przed moim domem wpatrując się w przechodzące dziewczęta, musimy podjechać do mnie powiedział, zapomniałem kamery na kask, a ja muszę zatankować więc stań przy stacji powiedziałem zakładając kask i dopinając pasek pod brodą, rękawice ubrałem w pośpiechu bo Greg siedział gotowy i poganiał mnie stanowczo warcząc przy użyciu manetki gazu. Powoli ruszając z pod domu zapomniałem o wszystkim co mnie otacza, o problemach i kłopotach, była tylko jazda, najpierw w prawo powoli bo motor zimny, następny łuk ukazał nam suchy asfalt  dwójka manetka do oporu, lewa noga szybko podbiła dźwignię ku górze trzeci bieg zapięty, przez stopery do uszu dociera przeszywający dźwięk ryczących wydechów mojego motocykla, nagle zjazd na stację, szybkie tankowanie bo szkoda czasu i od nowa, nawrót na rondzie, strzał sprzęgła, dwójka przednie koło pnie się ku górze, trójka,  prosto do domu Grega, teraz tylko kamera i akcja, wprost na dobrze znany szlak asfaltowej serpentyny. Przez senne jeszcze miasto przejeżdżamy spokojnie wręcz leniwie, lekki łuk i na trasę wpadając w pazury szaleństwa, kolejny bieg i następny, licznik zaczyna zacierać swój odczyt i ten szalony ryk mojej maszyny, stworzonej jakby tylko po to aby przeczyć prawom fizyki i do przodu coraz szybciej, kolejne rondo i jest zjazd na autostradę, redukcja i manetka gazu poznaje swoje położenie jedyne prawidłowe do oporu, kolejny bieg zapięty z lekkim oporem, a droga staje się coraz węższa, praktycznie nabiera szerokości motocykla, pędzimy jak szaleni ja i on, on i ja, tak na zmianę aż do kolejnego zjazdu, teraz na rondzie w lewo i przed naszymi maszynami kolejna piękna i prosta jak indiańska strzała droga ku wolności. Pędzimy tak opętani szaleństwem bieg za biegiem kilometr za kilometrem, w szybie mojego kasku rysuje się widok kolejnego łuku, między gaz i redukcja, przesuwam lekko ciało do wewnętrznej zakrętu i czuję jak przeciwskręt wypycha motocykl lekko na zewnątrz, pochylam się jeszcze bardziej i dotykam prawie kolanem asfaltu, w lusterku widzę jak Greg składa się na swojej maszynie tak ja byli by całością, adrenalina sączy się do krwi z taką mocą, że czuję się jak w transie, prę i cały czas do przodu, kolejny bieg i następny, wydechy rozgrzane do granic pompują w świat, informują  o naszym nadejściu. Zakręt za zakrętem, łuk za łukiem, a czas płynie w miarę połykanych kilometrów. Droga pusta, a asfalt ciepły od porannego słońca wije się z lewej do prawej i nagle jest nasza ulubiona stacja, tu staniemy na śniadanie. Menu było standardowe bagietka z kiełbaskami, sadzonym jajkiem i hasa browns, kawa do popicia. Siedząc w słońcu patrzyłem jak kolejni motocykliści docierają na naszą miejscówkę.Jeden za drugim jak by się tu miał odbyć zlot, parking stał się istnym marketem pełnym maszyn i kierowców w lśniących kombinezonach. Spadamy usłyszałem nic tu po nas szkoda dnia, ruch na drogach stawał się coraz bardziej dokuczliwy a my mieliśmy do domu ponad sto kilometrów. Za naszymi plecami dał się słyszeć znajomy ryk, a na plecach poczułem klepnięcie, to była reszta naszych znajomych i nowy zapas szalonych pomysłów. Lecimy  w stronę domu powiedział Greg, my też usłyszałem stłumiony głos wydobywający się z kasku jednego z chłopaków, no to start. Lewa, prawa pusto, ruszyłem jako pierwszy, za mną reszta razem siedem motocykli,  powoli przez miasteczko tempem defiladowym, mijali nas kolejni motocykliści jak my pragnący kawy i czegoś na śniadanie. Gdy tylko przekroczyliśmy granice miasta emocje zaczęły być coraz większe, nabierałem prędkości a ruch na drodze stawał się coraz większy. Starałem utrzymać temperament na wodzy ale nie dało się, redukcja do dwa i okoliczną harmonię rozdarł ryk mojego motocykla, potem trzeci i kolejny bieg, po wewnętrznej byle do przodu. Po plecach przeleciał mnie dreszcz przeczucia, kontem oka widzę maskę wyłaniającego się z bocznej uliczki samochodu, nie ma czasu na strach, szybka redukcja, manetka hamulca zaciśnięta do końca zwinny unik i jestem z powrotem na prostej, pot mnie oblał ale adrenalina nie przestaje dawać w kość i znowu do oporu tak by poczuć to raz jeszcze ten dreszcz emocji, pojednać się z rogatym, dlatego to robię, za każdym razem sprawdzam czy mnie tam nie wołają, czy smoła jeszcze ciepła i tak cały czas, każdy zakręt, każda prosta na sto procent bez kompromisów aż do ….. drzwi mojego garażu, tu jest meta, w tym miejscu kończy się bieg po wolność a zaczyna się zwykła codzienność .

 

P.S.

Proszę nie osądzajcie mnie, to jest dla mnie jak tlen, bez tego ginę……. nie ma mnie. Tylko jazda pozwala mi żyć na sto procent.

 

Feniks.

Zapach domu

20170512_161912

 

Wracając do domu zastanawiałem się co mnie tu czeka,w miejscu które opuściłem ponad piętnaście lat temu, jak pachnie czy nadal jest takie piękne jak je zapamiętałem, czy moi bliscy nadal będą czekać tu na mnie, to przecież była dla nich niespodzianka ten cały powrót do domu, po tylu latach nie byłem niczego pewien. To co mnie tu zastało przeszło moje oczekiwania, okolica nadal piękna lecz wreszcie zagospodarowana, zapach był nierozerwalną częścią tego widoku, powietrze czyste wręcz krystaliczne i dźwięk fal bijących o brzeg dał całokształt tego co utraciłem przed laty, to właśnie jest jedna z rzeczy które zabrała mi emigracja, nareszcie przestałem się czuć jak bezdomny. Ciepło matczynych rąk i łzy płynące po jej policzku powitały mnie w progu, ten obraz uświadomił mi jak wiele straciłem przez te lata, nie będąc uczestnikiem życia mojej rodziny, tam była wieczna walka o przeżycie i kasę!!!!. To nie tak wygląda życie, ono toczyło się poza mną, ja tylko harowałem bo nic innego mnie nie spotkało. Domowe pielesze przywitały ciepłem i serdecznością o jakiej nie marzyłem, to było uczucie które na samą myśl napycha łzy radości do oczu i powoduje że w gardle jakoś ciaśniej. Smaki polski zaczęły do mnie docierać podczas kolacji, nie zdawałem sobie sprawy jak wspaniałe są polskie potrawy, przez parę dni robiąc zakupy nadrabiałem braki w smakołykach, polska kiełbasa i chleb smakują tak wspaniale mruczałem pod nosem, pijąc kefir mało nie dostałem napadu szału z radości a wszystkiemu z wielką dozą politowania przyglądała się ona, nawet przez na chwilę nie puszczaliśmy swych rąk, to było tak wspaniałe. Nadrabiałem nie tylko zaległości w kulinariach a także w tym co było owocem zamkniętych drzwi naszej sypialni, byliśmy głodni naszych ciał jak wilcy. Lecz ani ja ani moi bliscy nie byliśmy w stanie przewidzieć jak wielką walkę z demonami mojej przeszłości przyjdzie nam podjąć.

Akcja pod kryptonimem “LOVE” c.d.

DSC_0025

 

Emocje w mojej głowie zaczęły opadać, a ja jak maszyna analizowałem rozwijającą się sytuację, bez stresu i lęku, stało się pomyślałem, znów to się dzieje w mojej głowie, jestem zimny skupiony i reaguję jak maszyna szybko i precyzyjnie, akcent staje się nie naganny, wypowiedzi spójne i konkretne. W jakim celu wjeżdża pan do naszego kraju?, jestem przejazdem mam przesiadkę w Londynie, czy będzie pan pozostawał na terenie królestwa w jakimś celu?, nie, wyjeżdżam w ciągu 24 godzin, paszport poproszę, ręka mi zadrżała spojrzałem w oczy agentki, była jak bezduszna maszyna zaprogramowana na szukaniu dziury w całym, proszę powiedziałem i podałem dokumenty, dziękuję powiedziała po sprawdzeniu nie wiadomo czego, zapraszam do wyjścia usłyszałem służbowy ton, zabrałem papiery i poszedłem zapalić papierosa już całkiem spokojny wiedząc że była to ostatnia kontrola teraz tylko nie wpaść w łapy policji i będzie dobrze. Noc dawała znać o sobie migocącymi gwiazdami na niebie a my ruszyliśmy w drogę, drogę do “kolejnego początku” mojego życia. Autokar zwalnia, zjeżdżamy z obwodnicy do centrum, to Londyn pomyślałem, mój zegarek uparcie wskazywał piętnaście po szóstej, to by się zgadzało za pół godzinny będziemy na Victoria Station pomyślałem i faktycznie za piętnaście siódma w śród zgiełku i szumu rozbieganych podróżnych nasz autokar zatrzymał się przed szklanymi drzwiami dworcowej poczekalni. Londyn jak zwykle powitał mnie chłodno, depresyjnie, jak ja nie lubię tego miasta jest szare i mokre, jedyne co jest pozytywne w tej szarości to kawa i typowe angielski śniadanie, tego potrzebowałem po nocy pełnej emocji, ostatni posiłek jadłem na promie więc czuję głód ba ssanie w brzuchu. Bagaż szybko oddałem do przechowalni zabierając ze sobą tylko stary plecak skrywający sprzęt fotograficzny i portfel, tyle tylko było mi potrzebne by przetrwać sześć godzin przerwy do następnego autokaru, tym razem w prost do polski. Londyn jego topografia nie jest mi obca więc ruszam w znanym kierunku prosto do pubu pełnego ludzi jak ja pragnących jedzenia i kawy, jak się później okazało są i tacy co szukają nie tylko kawy ale i kielich z rana. Zamawiam pełen zestaw śniadaniowy jajka, bekon ,pieczone pieczarki, hash browns (miniaturowe odpowiedniki placków ziemniaczanych), pieczywo tostowe, sok oraz ciemną jak wczorajsza noc kawę, do śniadania dostaję The Telegraph pełny porannych ciekawostek dnia w kraju korony, z nosem w gazecie przełykam kolejny kęs ciepłego śniadania gdy damski głos dobiega mnie z nad gazety, przepraszam czy mogę się dosiąść nie ma wolnych miejsc to jest jedyne, słyszę w jej głosie walijski akcent a mój zmysł powonienia wyczuwa mieszający się z jej perfumami zapach wypitego alkoholu, tak proszę odpowiadam pośpiesznie, jest ładna jeśli pod uwagę weźmiemy brytyjski wyznacznik kobiecej urody, kiepsko skrojona garsonka przywodzi na myśl biurowy standard firm i przedstawicielstw banków znajdujących się w okolicy . Jestem Georgina a ty? starała się zagaić drobna blondynka z wyraźnie świszczącym akcentem, mam na imię Thomas odparłem zgodnie z angielską etykietą i staram się kończyć śniadanie, kolejny kęs, przerywa mi pytaniem pójdę do baru masz ochotę na drinka, o masz poranna poszukiwaczka mocnych wrażeń pomyślałem, co jej po głowie chodzi zamyśliłem się z zaciekawieni, nie dziękuję odpowiedziałem ciepłym tonem aż sam się zadziwiłem że zabrzmiał tak radiowo, zaraz wracam powiedziała i  kołysząc biodrami poszła w kierunku baru, zapadłem w lekturę i kęs po kęsie zjadłem śniadanie z myśląc że to tylko kilka godzin i jadę dalej w kierunku ramion mojej ukochanej, stuk stawianej na stoliku szklanki przerwał moje rozmyślania. Dla czego nie pijesz zapytała niby bez zaciekawienia, jestem w podróży i nie ma ochoty na alkohol poza ty nie pijam przed osiemnastą, a ha odparła coraz bardziej bełkocząc, ja pracuję tu zaraz niedaleko a właściwie pracowałam bo dziś mnie wylali mam ich w dupie, znajdę lepszą pracę to nie problem dla mnie powiedziała machając szklanką na lewo i prawo, nie miałem ochoty być powiernikiem jej bełkotliwych opowieści. Z gracja agenta 007 wymydliłem się z tej opresji, dopijając kawę rzekłem, zaraz mam autobus do domu muszę lecieć, miło było cię poznać, powodzenia rzuciłem odchodząc od stolika, z za moich pleców usłyszałem, szkoda miałam nadzieje że poznamy się bliżej, nie słuchałem dalej poszedłem w swoją stronę. Wyjąłem aparat z plecaka i resztę czasu spędziłem na robieniu fotek ulicom Londynu. Czas nadszedł i następny autokar podstawiono planowo, jakież wielkie było moje zdziwienie gdy przeczytałem Polsko brzmiącą nazwę na boku autokaru, kupowałem bilety u lokalnego przewoźnika?. Pani koordynator podróży bo taki napis miała na identyfikatorze okazała się marudna i w konsekwencji dość nie kompetentna w działaniu lecz to nie grało żadnej roli jadę do mojej ukochanej i to jest teraz ważne nie jakaś durna baba. Pierwsze starcie mieliśmy w restauracji znajdującej się w kompleksie tunelu prowadzącego wprost do Francji, całe jej mądrowanie szlag trafił gdy nie potrafiła zamówić jedzenia bo okazało się że kelner nie zna polskiego. Wracała do kraju głodna i wściekła jeszcze bardziej, pomogły kanapki kupione na niemieckiej stacji samoobsługowej, tyle dała radę. Kolejna noc chyliła się ku końcowi a nasz autokar wraz ze świtem wjechał do polski, wiedziałem że od dotyku jej ciepłych dłoni dzielą mnie nie dni lub godziny a tak naprawdę tylko minuty ubrane w kolejne zjazdy z autostrady. Wreszcie jest pada informacja wprost ze skrzeczącego głośnika, za piętnaście minut będziemy na miejscu, w mojej głowie rysował się Jej obraz tak wyraźnie zapamiętany wręcz wyryty w mojej pamięci, takiej z jaka żegnałem się na lotnisku w Maladze. Ostatni zakręt i jesteśmy, nerwowo rozglądam się w poszukiwaniu mojej ukochanej, lecz jest stoi dumnie czekając na mnie, serce zabiło mi szybciej i bez chwili namysłu wyskoczyłem z autokaru prosto na chodnik, jednym susem doskoczyłem do niej, mojej tej wyśnionej tej której cały świat do stóp rzucić pragnę. Jej ramiona przytuliły mnie tak mocno i namiętnie a w uszach usłyszałem ciepły dźwięk jej słów “kochanie wreszcie jesteś tak czekałam”…

 

Feniks

 

 

Akcja pod kryptonimem “LOVE”

DSC_0058

 

Po powrocie z Malagi decyzje podjąłem błyskawicznie praktycznie w drodze z lotniska do mieszkania w pod Dublińskiej mieścinie, wracam i to na stałe pomyślałem pochylony nad filiżanką kawy . Decyzja podjęta lecz to będzie wielki problem dla mnie lecieć samolotem, na lotnisku zaraz zostanę aresztowany, mam ten gówniany wyrok z przed ponad dziesięciu lat, rok nie wyrok wymamrotałem, poukładam to cholerstwo w Polsce adwokaci przecież za coś biorą pieniądze tak czy nie?. Tak się nakręciłem że bilety kupiłem w przeciągu kilku dni tylko z tą różnicą że autokarowe, najpierw do Londynu a potem prosto do Polski, nic i nikt mnie nie powstrzyma myśl ta nie dawała mi spokoju, plan był jak najbardziej wyrwany z filmów kina akcji po cichu w przeciągu 48 godzin będę w domu tylko ostrożnie bez krzywych ruchów, była to ryzykowna podróż  lecz warta każdego ryzyka, Z samego rana zabrałem się za realizacje mojego planu, w pracy wymówienie pisane na kolanie, kurier po pudła pełne dobytku zamówiony, dokumenty na stole, walizki zapakowane, ostatnia kawa i ruszam z biletem w jedną stronę, przecież Ona tam na mnie czeka, tam będę szczęśliwy, byłem jak w transie a słowa te powtarzałem jak mantrę; dam radę dam na pewno. Jeden ze starych kumpli podrzuci mnie na przystanek i w drogę, dam radę nic się nie stanie, przejdę to ja zwykle bez szwanku, nie takie rzeczy robiliśmy z Kojotem, bywało gorzej, podpowiadał mi głos w mojej głowie!. Powodzenia “wariacie” usłyszałem za swoimi plecami, wiedziałem że było szczere, znamy się jak łyse konie, z niejednego szamba się wyciągaliśmy, to taka męska przyjaźń, byliśmy raz w gównie po uszy, a zaraz na kupie szmalu, był mi jak brat. Pilnuj się powiedziałem w drzwiach autobusu, machnął ręką na pożegnanie. Ruszyłem w drogę bez mrugnięcia okiem bo przecież za 48 godzin będę trzymał Ją w ramionach “wartość bezcenna” tak jakoś latało mi po głowie powiedzonko nie wiadomo skąd. Autokar ruszył miękko w kierunku mojego przeznaczenia a ja poczułem zew przygody i energię tak silną i szaloną jak jazda po kokainie. Godzina drogi dzieliła mnie od dworca głównego w Dublinie, tam nie oczekiwanie zmian standardu podróży, kolejny autokar był ciasny i nie tak wygodny jak rejsowy relacji Cork-Dublin, no i co z tego, myślałem przecież to tylko kilka minut jazdy na prom i potem trasa do Londynu, z okrzykiem lecimy zatarłem dłonie, szybkim ruchem wrzuciłem walizki na wcześniej upatrzone pozycje w luku bagażowym. Próg autokaru pokonałem szybkim susem i zasiadłem na swoim miejscu, wyglądać musiałem dość dziwnie ubrany w motocyklową skórzaną kurtkę na szyi owinięta arafatka a na nogach desantowe buty skryte pod nogawkami wytartych spodni, 190 cm wzrostu i ponad 100 kg, gabaryt mój nie był w stanie ukryć się w tłumie, stało się pewne że albo mam fart albo wyląduję w pudle tylko gdzie, w jakim kraju nasuwało się pytanie?. Wczesnym wieczorem koła autokaru zatrzymały się na pokładzie promu.Wysiadamy, proszę pamiętać że autokar zaparkowany jest na poziomie “D” i tu   spotykamy się po odbytym rejsie, nie będę czekał dodał jeszcze kierowca. Cztery poziomy w górę wąską klatką schodową pokonaliśmy przepychając jeden o drugiego, lecz na końcu czekał nas nagroda w postaci szerokiego pokładu wyściełanego miękką wykładziną, zapach jedzenia z pokładowej knajpki mieszał się z wonią perfum wydobywającym się ze sklepu bezcłowego. Jestem głodny pomyślałem nic dziś nie jadłem, to nerwy wymamrotałem pod nosem tak jak bym chciał sama sobie odpowiedzieć na pytanie, co mogę zjeść zapytałem znów sam siebie stojąc przy ladzie pełnej gorących pyszności, poproszę rybę, pieczone ziemniaczki oraz warzywa z wody całości dopełnił pełen aromatu sos z pleśniowego sera i buteleczka białego wina oj taka wisienka na torcie zwanym łakomstwo. Jedząc jednocześnie walczyłem z pokładową siecią WiFi, ona tam czeka a ja na pełnym morzu jak marynarz wracający z rejsu, muszę dać znak że jestem w drodze, że jest OK myślałem przełykając kolejny kęs kolacji wielkiej jak stodoła bo porcja była jak by podana na podstawie mojego wyglądu wielki talerz dla wielkiego faceta, lecz rade dałem obydwu wyzwania talerz był pusty a sieć nagle zaczęła działać, nie było szału z łączem lecz jakość rozmowy była do przyjęcia , treść za to była gorąca i płomienna, jak zawsze poczułem ze siły wracają do mnie z prędkością światła. Prom powoli zwolnił a na tafli wody dało się widzieć migoczące  światła portu w Holyhead, pokład “D”, nie będę czekał, wryły się w moją pamięć słowa kierowcy, biegiem po klatce schodowej wielkości źle skrojonych gaci spadłem prosto na pokład “D”, szanowny pan kierowca siedział wygodnie w swym fotelu za obszernym kołem kierownicy, jego akcent zdawał się nader słowiański w swym brzmieniu co dawało mi podejrzenie że wiezie nas kolejny człowiek z bajki zwanej emigracja. Proszę przygotować paszporty do kontroli będziemy kontrolowani przez celników i agentów imigracyjnych, reszty nie dosłyszałem gdyż na myśl o agentach imigracyjnych włos zjeżył się na moim karku a głowę wypełnił niepokój. Kierowca ruszył a ja poddałem się biegowi wydarzeń …

 

C.d.n.

 

Miłość z miasta Picassa c.d.

D2X_9699

 

 

Miniona noc była jak mocna kawa, za oknami mrok a naszą pościel wypełniły emocje tak silne że aromat poranka wywoływał w nas niedosyt ognia naszych ciał, postanowiliśmy nieco tę chwilę przedłużyć i tak zastała nas godzina wczesnego przed południa. Gorący prysznic nie pozwalał nam ochłonąć, ciepła woda płynąca po naszych ciałach pobudzała zmysły do granic nieprzyzwoitości a woda zalewała łazienkę, gdy ockneliśmy się z letargu pełnego rozkoszy wybiła godzina błogiego lenistwa na placu starego miasta. Śniadanie zjedliśmy w porze obiadu jak przystało na rasowych turystów, cieszyły nas lokalne przysmaki, oliwki rozpływały się w jej ustach a chwilowe ukojenie dawał nam łyk zimnego wina. Tak mocno napięte emocje towarzyszyły przez cały dzień nie dając odpustu ani na chwilę, jednak jedna myśl w mojej głowie nie pozostawała bez echa, dla czego jutro ramo musimy wracać do domu? Ehh co za los. Jedynym pocieszeniem była bliskość jej ust i splecione dłonie, tak oto cieszyliśmy się chwila i otaczającym nas pięknem miejsca jakim jest miasto Picassa, najwyraźniej burzliwy poranek i zwiedzanie starówki zaostrzył nam apetyt, niespodziewanie przed naszymi oczyma wyrosła niewielka Włoska knajpka zapraszająca swym urokiem i cudownym zapachem  jedzenia, jednogłośnie wybraliśmy pizze z rukolą i parmezanem do tego zimne piwo tak w komplecie, całość była by idealna gdyby nie zmącił jej pewien kelner o włoskim wyglądzie wlepiając gały w dekokt mojej ukochanej. Chwile płynęły jedna za drugą tak szybko że nie spostrzegliśmy jak zastał nas wieczór i lekkie zmęczenie dopadło nasze nogi, postanowiliśmy skorzystać z metra co okazało się być nie lada wyzwaniem, kupno biletu było dość niespotykane w swej formie, lekko rozweselony lokalnymi urokami alkoholowych specjałów barowałem się z kartą kredytową usiłując zapłacić za bilety w jednym z automatów, czynność owa nastręczała mi wiele kłopotów, jak duch pojawił się nagle jeden z pracowników stacji metra i pomógł nam sytuację rozwiązać, wytłumaczył  gdzie mamy wysiąść i jak się dostać do hotelu . Nadchodząca noc była tak rozpalona mocą naszych zmysłów iż ledwie zdołaliśmy zmrużyć oczy a rozdzierający dźwięk budzika wyrwał nas z objęć morfeusza, z przeszywającym bólem w sercu nadeszła chwila rozstania, lecz szczere nadzieje i wiara w to że te kilka dni jest dopiero uwerturą do wielkiego uczucia budowało mnie tak wielce że ze łzami w oczach i otwartym sercem patrzyłem w przyszłość wracając do świata zwykłej codzienności.

 

P.S.

 

Te kilka dni spędzonych w mieście Picassa było prawdziwą uwerturą do tego jak wspaniale toczą się losy naszej miłości .

 

Feniks

Miłość z miasta Picassa c.d.

D2X_9700

 

Poranny szmer miasta zastał nas namiętnie splątanych pościelą pachnącą jeszcze żarem minionej nocy . Jak się szybko okazało poranne uczucie głodu posiadaliśmy obydwoje na poziomie max, po wnikliwej naradzie postanowiliśmy wybrać się w poszukiwaniu porannych smakołyków prosto do centrum. Z drzwi hotelowych prosto na ulice potem w kilka minut dostaliśmy się wprost pod sam Plaza Del Obispo . Spacer w słońcu umilał nam zapach bryzy niesiony prosto z mariny znajdującej się za naszymi plecami, pośród malowniczych zabytków starówki zapytała nas dziewczyna z garścią pełną ulotek, chcecie coś zjeść macie ochotę na Tapas znam doskonałe miejsce powiedziała nienaganną angielszczyzną, spojrzeliśmy na siebie wymownie i na głos obydwoje jednocześnie wyskoczyliśmy ” si “, po kilku krokach znaleźliśmy się w jednym z uroczych zakamarków starego miasta, maleńki plac wypełniały drzewa pomarańczowe a w śród nich porozstawiane jak małe wysepki stoliki okolicznych kafejek i barów z tapas, jednego z nich ów tajemnicza kobieta była hostessą jak się okazało. W romantycznym nastroju lecz głodni jak wilcy poprosiliśmy kelnerkę o kartę, pani podała jadłospis z pamięci co nas zastanowiło lecz głód doskwierał coraz mocniej i naciskał brutalnie na naszą logikę, po soczystej gestykulacji złożyliśmy nie jasne do końca dla nas zamówienie, lecz to co ujrzały nasze oczy gdy podano nam jedzenie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, lokalne przysmaki okazały się tak pełne smaku a dopełnieniem były tutejsze trunki. Eteryczności całej sytuacji dodał nie świadom niczego lokalny grajek grający na saksofonie, chwila była tak cudowna że nic nie jest w stanie przerwać tak romantycznego momentu, który z każdym kęsem zdawała przybliżać nas do siebie, romantyczniej być nie mogło jej uśmiech, ciepło rąk, zapach jej perfum powodowały we mnie fajerwerk emocji jakich nigdy doświadczyć nie było mi dane, potem było jeszcze lepiej żeglowaliśmy powoli po zaułkach, którymi przechadzał się sam mistrz Pablo, fotografie płynęły jedna za drugą a potem setną, mam chęć na sangrie powiedziała a ja delikatnie odsunąłem krzesło w kolejnej kafejce zapraszając ją na drinka. Kelner okazał się osobą znającą chyba 100 języków, podał pachnący cytrusami i namiętnością kieliszek wypełniony po brzegi, a moja kawa była gorąca pełna aromatu i charakteru jak zbliżająca się noc….

 

 

Cdn…